Rano jak zwykle wsiadłam do swojego auta i pojechałam do stadniny. Była środa więc dziś nie miałam zminy w gabinecie... Zaparkowałam zamochód na parkingu i ruszyłam w stronę boksu Karmi. Karmi to klacz którą oswoiłam jak byłam na wakacjach, jest mustangiem... Karmi na mój widok wesoło zarżała i zastrzygła uszami. Dziś miałam lekcje z paroma osobami i nie mogłam teraz jej wziąść. Podeszłam do jej boksu i pogładziłam po czole.
- W nocy wyjedziemy w teren, obuecuje...-powiedziałam przytulając klacz. Wyszłam z stajni i czekałam na pierwszą osobę. Po chwili podszedł do mnie chłopiec i przywitał się.
- Którego mam wyprowadzić?- zapytał.
- Weż dziś Fortisa, wyprowadź go i wyczyść pomoge ci go ubrać.
Chłopiec wykonał moje polecenie i po paru minutach mogłam już ubrać Fortisa. Braian (ba tak nazywał się chłopiec) wsiadł na ogiera i ruszył stempem w stronę padoku... Stanęłam na środku i obserwowałam jeźca. Poprawnie przeszedł z stempa do kłusa i na odwrut... Po skończonych lekcjach i ogarnięciu koni wruciłam do Karmi. Był wieczur więc tak jak obiecałam wyprowadziłam ją z boksu... Po oporządzeniu dusiadłam kalcz i ruszyłyśmy galopem w stronę lasu... Jakoś tak w środku nocy zatrzymałyśmy się na dosyć wysokim wzniesieniu. Zsiadłam z klaczy i poluźniłam popręg... Spojrzałam w niebo i podziwiałam gwiazdy. Nagle Karmi zaczęła niespokojnie dreptać w miejscu. Zrozumiałam że coś jest nie tak. Dosiadłam klacz i prubowałam uspokoić, lecz nic nie działało. Karmi stanęła dęba a ja cudem się utrzymałam...
Ktoś??
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz